niedziela, 25 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - rozdział VI



Mijały kolejne dni, a ja traciłam nadzieję na uwolnienie się z tego okropnego miejsca. Wieczorami dawałam pokazy taneczne z rurą w roli głównej. Powoli przyzwyczajałam się do głodnych wrażeń mężczyzn, którzy rozbierali mnie wzrokiem. Poznałam kilka dziewczyn, z którymi rozmawiałam aż do momentu, w którym musiałyśmy szykować się do wyjścia. Przestałam łudzić się, że Marcin jest dobrym człowiekiem. Z dnia na dzień nienawidziłam go coraz bardziej. Zrozumiałam, że oszukał mnie, a ja głupia i naiwna – uwierzyłam w jego puste obietnice. Liczyłam się z faktem, iż mogę zostać tu znacznie dłużej niż sądziłam. Nie chciałam uciekać, bo wiedziałam, że znów mi się nie uda. Nie miałam innego wyjścia, musiałam zostać w klubie.
Każdego wieczora Marcin wchodził do naszego pokoju i oznajmiał, że za chwilę przyjmujemy gości i mamy być gotowe. Jednak nigdy na mnie nie patrzył. Wymawiając moje imię, spuszczał wzrok. Miałam wrażenie, że wstydzi się mnie i samego siebie. Chciałam wierzyć, że ma wyrzuty sumienia. Lecz prawdopodobnie okłamywałam się. Tak jak przez całe życie… Cóż, znów mogłam liczyć tylko na siebie. Bez przyjaciół czułam się osamotniona i niepewna.
-Kalina, wchodzisz –usłyszałam ochrypły głos. Spojrzałam na Marcina, który stał oparty o futrynę, a w ręku trzymał plik kartek.  Jak zwykle jego oczy zwrócone były w dół. Nie śmiał na mnie spojrzeć.
Posłusznie wyszłam z pomieszczenia i stanęłam na podwyższeniu. Powoli zdjęłam satynowy, różowy szlafrok obszyty czarną koronką. Wszystkim ukazał się granatowy stanik push-up oraz krótka spódniczka podkreślająca moje długie nogi. Zrobiłam mały krok i zacisnęłam pięści na zimnej, metalowej rurze. Mimo ćwiczeń – nadal nie byłam dobra w tańcu tego rodzaju.  Aby dojść do perfekcji potrzebne jest kilka lat intensywnych treningów. Jednak nie miałam zamiaru pracować w klubie tak długo. Wszystkie nabyte siniaki zakryte były warstwą korektora, podkładu i pudru. Nie mogłam pokazywać się bez makijażu brzucha i nóg – klienci nie byliby zadowoleni, a przede wszystkim miałabym przechlapane u szefa. Bałam się go. Nie wiedziałam do czego byłby zdolny. Domyślałam się, że dla pieniędzy byłby gotów zabić.
Zaczęłam pokaz. Starałam się wypaść jak najlepiej, by nie rozgniewać Krzysztofa, właściciela  klubu. Uśmiechałam się, puszczałam oczko do wszystkich panów popijających kosztowne napoje alkoholowe z naszego baru. Przygryzałam usta, by zwabić do siebie jak największą ilość banknotów. Nienawidziłam tego. Jednak z braku innej możliwość i ze strachu przed moim pracodawcą, zgadzałam się na wszystkie jego warunki. Nie śmiałam się mu przeciwstawić, w innym wypadku na własnej skórze poznałabym prawdziwe oblicze zawsze uśmiechniętego szefa.
Dni mijały jak szalone, a ja przyzwyczajona do rutyny poniżania się przed własną osobą, modliłam się w duchu o nagły zwrot całej sytuacji. Tak bardzo chciałam, by podczas któregoś z mojego występu wtargnęła policja, zabrała Krzysztofa i Marcina i uwolniła mnie oraz pozostałe dziewczyny. Jednak ten scenariusz rozpisany w moich myślach nigdy nie miał prawa się wydarzyć. Traciłam nadzieję  na wolność. Przez myśl przeszło mi, że opiekunowie z domu dziecka nie interesują się moim losem i nie powiadomili służb o porwaniu jednej wychowanki.
Pewnego niedzielnego popołudnia siedziałam przy barze popijając sok pomarańczowy. Bawiłam się słomką i rozmyślałam o moim losie, gdy usłyszałam zbliżające się kroki. Odwróciłam się i zobaczyłam Marcina ubranego w czarny T-shirt i proste spodnie w kolorze khaki. Ku mojemu zdziwieniu usiadł na podwyższonym krześle obok mnie. Zamówił „to co zawsze”, czyli tonik z wódką. Spojrzał się na mnie, uśmiechnął i spojrzał na mężczyznę podającego mu szklankę z drinkiem. Jednym haustem wypił alkohol, po czym wypuścił powietrze z ust. Poprosił o drugą kolejkę trunku, którą pił drobnymi łyczkami. Nie zwracałam na niego uwagi, a przynajmniej chciałam zachować takie pozory.
-Dziś o dwudziestej czekaj na mnie pod drzwiami mojego gabinetu –szepnął.
O dwudziestej? Zazwyczaj o tej godzinie wychodziłam na scenę, by prezentować swoje młode ciało. Mężczyzna jakby czytając mi w myślach, uprzedził moje pytanie i wyjaśnił, że wymówką od występu ma być rzekoma grypa żołądkowa. Nakazał spakować kilka najpotrzebniejszych drobiazgów i nie poznać po sobie, że kłamię. Kiedy skończył drinka, odchodząc od baru puścił mi znaczące oczko. Nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Czy on naprawdę chce mi pomóc, czy znów knuje plan przeciwko mnie? Być może dostał nakaz, aby przewieźć mnie do innego klubu, lub co gorsza – do prywatnego domu klienta. Czy Marcin mógłby być tak zakłamanym człowiekiem? Prawdopodobnie nigdy miałam się  tego nie dowiedzieć. Jednak pojawiła się maleńka iskierka nadziei, że wreszcie wydostanę się z tego okropnego miejsca. Poprosiłam barmana o coś mocniejszego niż sok pomarańczowy, lecz on  powołując się na mój wiek odmawiał. Jednak po kilku próbach dał namówić się na przygotowanie wódki z sokiem. Musiałam odreagować, a alkohol był najlepszym i najszybszym sposobem, który w tym momencie był dostępny. Pijąc duszkiem podany mi trunek, na moment zapomniałam o problemach dnia codziennego, które nie były zwykłymi dylematami nastolatki. Dziękując za mocniejsze picie, odeszłam od baru i skierowałam się w kierunku pokoju, w którym spałam. Upewniając się, że nikt mnie nie widzi, szybkim krokiem weszłam do niego. Na ścianach w kolorze pistacjowym umocowane były wieszaki z zakupioną przez szefa bielizną i ubraniami dla zatrudnionych dziewczyn. Znalazłam torebkę z zepsutym zamkiem i włożyłam do niej dwie bluzki, spodnie, sukienkę, a także bieliznę i balerinki. Torbę schowałam za schludnie pościelone łóżko, tak głęboko jak było to możliwe. Usiadłam na niewygodnym łóżku i oparłam ramiona na kolanach, a twarz skryłam w dłoniach. Czułam się bezsilna wobec zaistniałej sytuacji. Wiedziałam, że tym razem nie mogę sobie pomóc i nie ucieknę. Siedząc w tej pozycji przez kilka minut, usłyszałam pukanie do drzwi.
-Wszystko dobrze? –jedna z dziewczyn weszła do pokoju i usiadła obok mnie.
Wyjaśniłam, że źle się czuję i dostałam bólu brzucha. Odmówiłam jednak kropelek, które mi zaoferowała, tłumacząc, że ból zaraz minie. Kiedy wyszła, odetchnęłam z ulgą. Źle się czułam kłamiąc, zawsze byłam szczera i mówiłam to, co myślę. Jednak teraz nie miałam wyjścia, koniecznością było skłamać i zastosować się do polecenia Marcina.
Dochodziła dziewiętnasta. Wcześniej zdążyłam wstąpić do szefa i powiedzieć mu o „grypie żołądkowej”. Uwierzył mi od razu, nie musiałam go przekonywać. Gdy wychodziłam, poradził mi zagotować wodę na gorzką herbatę, która pomaga przy tego typu dolegliwościach. Kiwnęłam głową z uśmiechem i poszłam do swojego pokoju. Niecierpliwie wyczekiwałam godziny dwudziestej, ponieważ wtedy miałam udać się do gabinetu Marcina. Być może wydostanę się stąd, lecz są na to nikłe szanse. Czułam jak rytm serca przyspiesza, a ja ze zdenerwowania delikatnie tupałam nogami. Powstrzymywałam się od obgryzania paznokci, a poruszanie nogami było lepszym sposobem na zredukowanie napięcia. Odliczałam minuty do spotkania, które być może miało odmienić mój los. Wskazówki zegara wybiły godzinę, na którą czekałam. Wyjęłam torebkę z ubraniami zza łóżka i niepostrzeżenie wymknęłam się z pokoju. Uważałam, by nie natknąć się na nikogo w drodze do gabinetu. Kiedy dotarłam na miejsce, delikatnie zapukałam w drzwi. Chwilę później mężczyzna zaprosił mnie do pomieszczenia i nakazał usiąść na sofie. Był to ten sam pokój, w którym dowiedziałam się prawdy o swojej przeszłości. Podał mi szklankę z niegazowaną wodą z dodatkiem cytryny i mięty. Upiłam łyka napoju i spojrzałam mężczyźnie prosto w oczy. Liczyłam na to, że za chwilę powie mi, czemu kazał zjawić się u niego wraz z najpotrzebniejszymi rzeczami. Miałam nadzieję, że wyjawi mi swój plan. Niepewnie spytałam go, co zamierza zrobić. W odpowiedzi dostałam jedynie: dowiesz się w swoim czasie. Przestraszyłam się jego słów. Zaczęłam domyślać się najgorszego. Jak mogłam być tak naiwna, by uwierzyć, że pomoże mi wydostać się z klubu? Miałam pretensje do siebie, nie powinnam być tak łatwowierna. Szczyt mojej głupoty właśnie został osiągnięty. Należą mi się oklaski, a także piękny bukiet kwiatów wręczony od kobiet z nienagannym wyglądem. Mijały minuty, a ja siedziałam w milczeniu, wsłuchując się jazzu płynącego z głośników. Mężczyzna często podchodził do okna i spoglądał przez nie. Mimo muzyki w gabinecie, dało się usłyszeć dźwięki z sali klubowej.
-Zbieramy się –Marcin powiedział ochryple i pokazał mi ciemny osobowy samochód, który parkował przy budynku. Nie wiedziałam, gdzie mamy nim jechać i kto go prowadzi. Dopiłam wodę i złapałam torebkę. Mężczyzna przepuścił mnie w drzwiach, po czym zamknął je na klucz. Złapał mnie za nadgarstek i prowadził za sobą. Szliśmy korytarzem, którego nie znałam. Kroczyliśmy tak jeszcze przez kilka chwil, gdy dotarliśmy do tylnego wyjścia, o którego istnieniu nie miałam pojęcia. Wychodząc z budynku, spojrzałam się w tył. Pożegnałam znienawidzone miejsca wzrokiem być może raz na zawsze, być może nie. Zrobiliśmy kilka kroków, by skręcić w prawo. Dochodząc do auta zauważyłam, że kierowca wysiada i podąża w naszym kierunku. Zielonooki mężczyzna przywitał się z nami i razem z nami wsiadł do pojazdu. Siedząc na tylnym siedzeniu i zapinając pas, usłyszałam kliknięcie, którego znaczyło, że drzwi samochodu są zamknięte. Zabezpieczyli się przed moją ucieczką.
-Dokąd jedziemy? –spytałam dosyć głośno tak, by zagłuszyć muzykę.
-Dowiesz się w swoim czasie –Marcin odpowiedział zupełnie w ten sam sposób, gdy czekaliśmy w jego gabinecie.
Przestałam liczyć na wolność. Psychicznie musiałam nastawić się na ból fizyczny, zarówno jak i psychiczny. Bałam się, że praca w klubie w roli tancerki na rurze jest niczym w porównaniu z tym, co miało niedługo się wydarzyć.

niedziela, 18 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - rozdział V



W życiu każdego człowieka przychodzi moment, dosłownie kilka sekund, które wydają się trwać całą wieczność.
Nie spuszczałam oczu z Marcina, który co chwilę ciężko wzdychał. Milczałam w nadziei, że to on zacznie rozmowę. Chciałam, by tak było. Pragnęłam dowiedzieć się, skąd płacz u mężczyzny, który nie tak dawno podniósł rękę na nastolatkę. Nie rozumiałam, czym była spowodowana ta nagła zmiana nastroju. Kto podaje młodej dziewczynie alkohol, katując przedtem, by w efekcie końcowym rozpłakać się? Chciałam zadać Marcinowi wiele pytań, lecz bałam się jego odpowiedzi. Liczyłam się również z faktem, że nigdy nie odpowie.
-Dlaczego płaczesz? – niepewnie odezwałam się, próbując poskładać myśli w całość. Mężczyzna spojrzał się na mnie, by po chwili ukryć twarz w dłoniach. Szeptał coś, ale nie mogłam nic dosłyszeć. Delikatnie przybliżyłam się do niego, usiłując wsłuchać się w jego słowa. Prawie niedosłyszalnie powtarzał coś na wzór „odnalazłem”. Co odnalazł? Kogo odnalazł? Być może tylko się przesłyszałam. A jeśli nie? Ponownie zbliżyłam się do jego twarzy, by móc cokolwiek usłyszeć. Tym razem nic nie wypowiadał; zamilkł.
-Odpowiesz mi? –spytałam łagodnym głosem. Poczułam adrenalinę, która podsycała moją ciekawość zdobycia informacji. Byłam głodna wiedzy o przyczynie dziwnego zachowania człowieka, który siedział tuż obok mnie.
Po chwili Marcin odwrócił głowę ku mnie i uśmiechnął się lekko. Przeprosił mnie za krzywdy, które mi zadał i za wszystkie złe rzeczy, które kiedykolwiek dokonał. Mężczyzna ten coraz bardziej mnie zaskakiwał. Poznawałam jego dwa różne oblicza, jednak nadal nie mogłam stwierdzić, które z nich jest prawdziwe. Może tak naprawdę był człowiekiem bezlitosnym i próbował zmienić swój obraz w moich oczach? Prawdopodobnie nigdy nie dowiem się, jaki jest naprawdę. Nie wiem, czy wystarczyłoby mi na tyle odwagi, by zaznajomić się z nim. Marcin był dla mnie obcym, który kilkukrotnie zadał mi ból, lecz w tym momencie cierpiał. W jego oczach oprócz żalu nie było skruchy i uniżenia przed własną osobą.
-Proszę, powiedz co się dzieje! – po raz ostatni spróbowałam zacząć rozmowę. Nastawiłam się psychicznie na to, że jeśli nie odpowie – wyjdę. Nic i nikt mnie tu nie trzyma. Nie znam go i nie będę go wspierać w trudnych chwilach. Wiedziałam, że moje zachowanie jest egoistyczne, aczkolwiek racjonalne. Czemu miałabym pomagać osobie, która tak bardzo mnie skrzywdziła?
-Zbieżność naszych nazwisk nie jest przypadkowa – po kilku chwilach Marcin odezwał się ostrym jak brzytwa głosem. Ucieszyłam się, że zaczął mówić, ale po chwili mój entuzjazm zgasł.
-Skoro nie jest przypadkowa, to wyjaśnisz mi, co tu się do cholery dzieje?! – krzycząc, wstałam ze złości i energicznie wymachiwałam rękami.
Marcin nakazał mi usiąść, by spokojnie porozmawiać. Zaproponował mi kieliszek wódki, lecz gdy odmówiłam, sam go opróżnił. Gdy powtórzył czynność dwukrotnie, westchnął ciężko. Spojrzał się na mnie, po czym położył dłoń na moim kolanie. Automatycznie odsunęłam się, by nie był w stanie mnie dotknąć. Poprosiłam, żeby powiedział mi wszystko, co powinnam wiedzieć. Miałam złe przeczucie. Kiedy wspomniał wcześniej o nieprzypadkowej zbieżności nazwisk, poczułam się nieswojo. Wtedy zrozumiałam, że musimy mieć ze sobą coś wspólnego. W oczekiwaniu na satysfakcjonującą mnie odpowiedź układałam w głowię różne scenariusze, które nigdy nie miały się wydarzyć.
-Pamiętasz od kogo dostałaś srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie słońca? –spytał.
Jego pytanie bardzo mnie zdziwiło, szczerze mówiąc, zbiło mnie z tropu. Faktycznie, miałam taki naszyjnik, ale przechowuję go w szkatułce, która znajduje się na komodzie w sierocińcu. Skąd mógł o nim wiedzieć, skoro nigdy mnie w nim nie widział? Wydawało mi się, że mężczyzna wie o mnie więcej, niż przypuszczałam. Natomiast skąd miał informacje o wisiorku, skoro zakładam go bardzo rzadko? Być może kiedyś mnie już w nim widział… Przecież mógł kręcić się niedaleko bidula, w poszukiwaniu nowych aktorów do filmów dla dorosłych.
-Kalinko, znam Cię od urodzenia… -szepnął. Kim był? Zapewne nie Bogiem. Bóg nie krzywdzi ludzi, a on skrzywdził bardzo wiele istot. Nie rozumiałam do czego zmierza w swojej wypowiedzi. Czyżbym zaraz miała dowiedzieć się, kim tak naprawdę jestem? Skoro zna mnie od urodzenia, to musi wiedzieć jak trafiłam do domu dziecka. Nie ma innej możliwości. Jednak kim on mógłby dla mnie być? Ojcem? Prosiłam Boga w myślach, by się nim nie okazał. Nie chciałam być dzieckiem człowieka, który krzywdzi małe istotki, wciągając je w biznes pornograficzny. Nie mogłabym spojrzeć w lustro.
Marcin nagle stał się oazą spokoju, co również udzieliło się mi. Przestałam zadręczać się myślami, a skupiłam na najważniejszym –słuchałam opowieści mężczyzny. Z każdym jego słowem moje serce zaczynało bić mocniej, krew pulsowała w żyłach, a w głowie myśli błądziły wokół słuchanej historii.
Marcin umilkł. Byłam w szoku; nie spodziewałam się, że w miejscu tak obskurnym, w domu publicznym dowiem się najważniejszych szczegółów mojego życia.
-Kiedy się urodziłaś, mój młodszy brat Łukasz, pracował już w tym klubie. Był gówniarzem, który myślał, że świat leży u jego stóp. Kiedy miał dziewiętnaście lat, chciał się usamodzielnić. Pomogłem mu i załatwiłem pracę w klubie, w którym sam pracowałem od kilku lat. Na początku nie podobało mu się to, ale po kilku miesiącach przywykł do tego bagna… Kiedy poznał Anię Górską, twoją matkę, zakochał się do szaleństwa. Kiedy dowiedział się, że Ania jest w ciąży, chciał rzucić pracę i zająć się czymś porządnym. Poszedł do szefa i rozmawiał z nim o tym, ale ten zagroził mu, że jeśli odejdzie –zabiją dziecko i Ankę na jego oczach. Kilka miesięcy później urodziłaś się, a Łukasz stracił głowę. Tydzień po porodzie, ochrzciliśmy cię. Nie była to huczna ceremonia, na chrzcie obecni byli twoi rodzice, ja – jako ojciec chrzestny i Sylwia, siostra twojej matki. Tego samego dnia Ania i Łukasz podpisali papiery i oddali cię. Byli zbyt młodzi, by cię wychowywać… Chcieli zapewnić ci jak najlepszą przyszłość i bali się, że szef Łukasza cię skrzywdzi. Kiedy Ania żegnała się z tobą na zawsze, zdjęła swój naszyjnik i oddała go tobie.
Nastała krępująca cisza. Marcin kontynuował przez łzy.
-Kilka tygodni później twoi rodzice rozstali się. Od tamtego czasu nie mam kontaktu z Anią… A Łukasz? Wyjechał z Polski, czasem zadzwoni do rodziców, ale nie do mnie. Nienawidzi mnie za to, że zaproponowałem mu ten klub.
Poczułam jak moje serce pęka na milion drobnych kawałeczków. Mężczyzna podał mi chusteczki i uspokajał, ale nie potrafiłam opanować swoich uczuć. Gorzkie łzy płynęły po posiniaczonych policzkach. Zanosiłam się głośnym lamentem, bo nic innego mi nie pozostało. Marcin przytulił mnie, lecz odepchnęłam go z impetem. Wybiegłam z pokoju, a następnie wypadłam przez drzwi frontowe. Wyszłam z klubu jak najszybciej, zrobiłam kilka kroków i z bezsilności opadłam na ziemię. Skuliłam się i szlochałam, nie umiałam zapanować nad sobą. Czułam się jak zero, jak nic nie warta osoba. Rozpamiętywałam słowa Marcina i na nowo je interpretowałam. Zastanawiałam się, gdzie teraz są moi rodzice. Jak wyglądają, czy mają rodziny, piękne domy, dobrze płatne prace… Czy w świąteczne wieczory i moje urodziny pamiętają o mnie? A może całkowicie o mnie zapomnieli?
Nagle na ramieniu poczułam dotyk szorstkiej dłoni. Odwróciłam się i ujrzałam Marcina, który ukląkł obok mnie. W tamtej chwili nienawidziłam go. To przez niego trafiłam do bidula, to przez niego znalazłam się w klubie. Gdyby nie on, mój biologiczny ojciec nie dostałby pracy w klubie, a ja miałabym prawdziwy dom. Ten człowiek to potwór.
-Wydostanę Cię stąd –szepnął.
Chciałam mu uwierzyć. Jednak nie potrafiłam…

niedziela, 11 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - rozdział IV

Ciemność zalewała klub od kilku minut. Słyszałam rozmowy klientów, którzy krzątali się, by odnaleźć swoje płaszcze w ciemnościach. Ktoś wyjął telefon, by uruchomić aplikację latarki i słabo rozświetlić pomieszczenie. Szef wezwał już pogotowie energetyczne, ponieważ sam nie potrafił poradzić sobie z tym problemem.
Biłam się z myślami. Chciałam jak najszybciej uciec z miejsca, które przysporzyło mi wiele problemów i bólu – tego fizycznego, jak i psychicznego. Pragnęłam znaleźć się jak najdalej od ludzi, z którymi musiałam pracować. Kilkadziesiąt godzin w klubie doprowadziło mnie do ruiny. Stałam się wrakiem człowieka. Teraz nie istniała Kalina sprzed tygodnia. Ta radosna dziewczyna z aspiracjami zmieniła się w Samantę. Z dawnej odwagi nie pozostało już nic. Moje serce pękało z przerażania i strachu przed kolejnymi doświadczeniami o godzinami spędzonymi w miejscu, w którym aktualnie się znajdowałam. Będąc kruchą dziewczyną, nie potrafiłam zebrać się i pokazać, że umiem zawalczyć o swoje. To, że nie mam prawdziwej, kochającej się rodziny to nie powód, by chować głowę w piasek. Powinnam znaleźć w sobie motywację, siłę, która poprowadziłaby mnie na sam szczyt. Jednak w tym momencie nie potrafiłam zadbać o siebie i swoją przyszłość.
Jeśli tutaj zostanę, oni mnie zniszczą. Na zawsze pozostanę Samantą – tanią striptizerką, która jest tworem mężczyzny, który wykorzystuje małe dzieci. Nie pozwolę zrobić z siebie nic nie wartej osoby. Znam swoją wartość i zawalczę o siebie. Tak. Nic innego mi nie pozostaje. Muszę jak najszybciej stąd uciec.
Poczułam przypływ adrenaliny. Wystawiłam ręce przed siebie i po omacku próbowałam trafić do wyjścia. Często potykałam się o krzesła czy stoliki, jednak to nie zmniejszyło pragnienia o wolności. Szłam powoli, każdy ruch był przemyślany i zamierzony. Delikatnie stawiałam stopy na podłodze, by przez przypadek nie wpaść na jakiś przedmiot. Palce prawej dłoni namierzyły klamkę drzwi wejściowych. Chwyciłam ją i powoli nacisnęłam. Pociągnęłam drzwi, a moim oczom ukazały się lampy uliczne, do nozdrzy dostał się zapach spalin samochodowych, a twarz owiał lekki wiatr. Nie spiesząc się, zrobiłam krok do przodu. Rozejrzałam się, lecz nie zobaczyłam nikogo, kto uniemożliwiłby mi ucieczkę. Byłam pewna, że tym razem mi się uda. Wyszłam przed budynek, zostawiając uchylone drzwi. Zamknęłam oczy i rozkoszowałam się wolnością. Rozłożyłam ręce, wyobrażając sobie, że jestem ptakiem, który właśnie odzyskał skrzydła i znów może cieszyć się niezależnością.
Nagle poczułam zimny dotyk na ramionach. Odwróciłam się i ujrzałam Marcina, mężczyznę, który sprowadził mnie do klubu. W jednej dłoni trzymał papierosa, w drugiej zaś moją rękę. Ściskał ją coraz mocniej, ból stawał się coraz silniejszy. Marcin spojrzał mi się w oczy, wypuścił dym ze swoich ust i skierował papierosa w kierunku mojej ręki. Niespodziewanie docisnął go do niej, głośno się śmiejąc. Oprócz krzyku nie pozostało mi nic innego. Po kilku sekundach znów rozkoszował się tytoniem, lecz tym razem niedopałek rzucił na ulicę i przydeptał go. Wolną dłonią chwycił mnie za włosy i przyciągnął do swojej twarzy. Czułam jego oddech, nigdy nie byłam tak blisko niego.
-Zniszczę cię dziewczynko –wycedził przez zęby i plunął mi w twarz.
Popchnął mnie z takim impetem, że straciłam równowagę i przewróciłam się. Poczułam przeszywający ból w prawej ręce. Jednak to nie było w tym momencie najważniejsze. Mężczyzna zbliżył się do mnie, przyklęknął, a następnie wstał. Wiedziałam, że nie dam rady wstać. Ręka uniemożliwiała mi obronę przed oprawcą. Zobaczyłam, że Marcin odwraca się, lecz następnie wykonuje szybki obrót i ze wściekłością w oczach zaczyna mnie kopać. Czułam uderzenia na żebrach, udach, ramionach… Kopał na oślep. Przykucnął, spojrzał się na mnie, a następnie wymierzył mi kilka ciosów w twarz. Gdybym znajdowała się w innej sytuacji, doceniłabym jego prawy sierpowy. Jednak teraz, gdy leżałam cała obolała na ziemi, pragnęłam umrzeć. Koszmar, który przechodziłam,  nie miał końca. Mężczyzna chwycił za moje długie, kasztanowe włosy i ciągnął je. Ciągnął je tak mocno, że sporo z nich zostało w jego garści. Nie krzyczałam, wiedziałam, że to rozłości go jeszcze bardziej. Nie chciałam bardziej się narazić. Pragnęłam, aby już przestał. Pragnęłam umrzeć.
Marcin przestał na chwilę zadawać mi ból. Zaśmiał się głośno, po czym użył wielu negatywnych epitetów skierowanych w moją osobę.
Mężczyzna powoli tracił siły. Uderzał mnie coraz słabiej. Czułam, że z nozdrzy wydobywa się czerwona ciecz o metalicznym smaku. Krew spływała strużkami po ustach, szyi i całym dekolcie. W myślach błagałam oprawcę, by skończył moje cierpienie. Lecz on mimo braku siły, nadal kontynuował to, co zaczął.
-Ciesz się, że żyjesz –szemrał mi do ucha swoim ochrypłym głosem.
Chciałam odpowiedzieć, że wolałabym umrzeć niż przechodzić przez męki, które mi zadał. Lecz brakowało mi siły, by powiedzieć cokolwiek.
Chwilę później szarpnął mnie za rękę, tak, bym mogła wstać. Zaprowadził mnie do małego pokoju w kolorze khaki, w którym dominowała woń alkoholu i tytoniu. Rozkazał usiąść na skórzanej kanapie, a do ręki wetknął mi kieliszek wódki z sokiem. Sam rozsiadł się w fotelu naprzeciw mnie.
-Pij do dna –zachęcił szyderczo. Nie wiedziałam jaki ma w tym cel. Najpierw mnie katuje, by po chwili poczęstować alkoholem.
Zauważył, że nie chce połknąć wysokoprocentowego napoju. Jednym ruchem ręki machinalnie dołożył kieliszek do ust i przechylił go. W ustach poczułam gorycz, którą złamał smak jabłka. Przełknęłam palący w gardło płyn. Skrzywiłam się, a Marcin podał mi szklankę soku, bym pozbyła się  niechcianego smaku.
-Wiem kim jesteś i czym się zajmujesz –po chwili milczenia odważyłam się zabrać głos.
Mężczyzna zaśmiał się, po czym usiadł koło mnie na sofie. Delikatnie musnął palcami moje odsłonięte kolano, a następnie poklepał je i westchnął. Wspomniał o filmach, do których angażuje małe sierotki. Nie dowiedziałam się niczego, co zwróciłoby moją uwagę. Kiedy cisza ogarnęła pomieszczenie, Marcin chrapliwe zapytał się o moją historię. Nie rozumiałam tego człowieka. Pytał się o przebieg mojego życia, podczas gdy kilkanaście minut temu kopał mnie i bił. Bojąc się jednak tamtych doświadczeń, opowiedziałam mu w kilku zdaniach o sobie.
-Kalina Olszewska –zaczęłam niepewnie. – Od urodzenia, czyli siedemnastu lat, mieszkam w domu dziecka. Nic nie wiem o swoich rodzicach, nie wiem nawet jak mają na imię. Opiekunka powiedziała mi kiedyś, że oboje żyją, lecz oddali mnie ze względu na to, że byli bardzo młodzi i nie mogli zapewnić mi odpowiednich warunków…
Przerwałam, ponieważ nie byłam w stanie dłużej wspominać na głos tego, co raniło moją duszę od samego początku istnienia. Pogodziłam się z faktem, że nie mam normalnego domu. Pogodziłam się z tym, że jestem sama i nie mogę liczyć na niczyje wsparcie. Jednak nadal nie mogę pogodzić się, że moi żyjący rodzice nigdy się ze mną nie kontaktowali... Wiem, że musiało być im trudno, gdy mnie oddawali. Lecz może przez cały czas byłam okłamywana, a moim rodzicielom było na rękę, że mnie już z nimi nie ma? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiem. Nadal chcę wierzyć, że bardzo mnie kochali i nigdy nie chcieli wyrzucić mnie ze swojego życia.
-Kiedy się urodziłaś? –Marcin spytał prawie niedosłyszalnie.
-21 marca, w pierwszy dzień wiosny –uśmiechnęłam się, po czym dodałam –Małgorzata, moja opiekunka, powiedziała kiedyś, że rodzice dali mi imię pochodzące od kwiatka, by symbolizowało dzień moich urodzin.
Mężczyzna ukrył w twarz w dłoniach, a jego oddech przyspieszył. Chciałam zapytać się go, czy wszystko w porządku, lecz nie mogłam. Co chwilę pojawiała się wizja katującego mnie człowieka, który doprowadził mnie do błagania o śmierć.

Spojrzał się na mnie oczami pełnymi bólu i łez. 

~~~~~~~~~~
Tak jak obiecywałam - kolejne rozdziały będą pojawiały się w każdą niedzielę!
Zachęcam do komentowania, ponieważ to daję motywację do dalszego pisania.
Zapraszam do kontaktu mailowego! Więcej informacji znajdziecie na moim profilu Google+ :)
Neda L.

środa, 7 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - rozdział III

Zbliżała się dziewiętnasta. Słońce żegnało się ostatnimi promieniami, coraz bardziej widoczny był księżyc. Podziwiając świat zza okna, próbowałam przestać myśleć o sytuacji, w której się znajduję. Chciałam odwrócić swoją uwagę od skrawków materiałów, w które byłam ubrana. Bordowy, koronkowy biustonosz oraz czarne, skórzane szorty i szpilki na wysokim obcasie sprawiały, że czułam się bezwartościową osobą, która oddała swoją godność w cudze ręce.
Dziewczyny krzątały się po pokoju, poprawiały swój makijaż oraz przeglądały się w lustrze. Do otwarcia lokalu pozostała tylko godzina. Czułam się tu obco; pragnęłam jak najszybciej wrócić do swojego pokoju, który dzieliłam z Lidką. Nie chciałam pokazywać się nikomu, a już na pewno nie chciałam, by moje ciało oglądali obcy mężczyźni. Upokorzenie miało dopiero nadejść. Nakazali mi wykonywać układ taneczny na rurze, który moja opiekunka Małgorzata uznałaby za niestosowny dla siedemnastolatki. Bałam się wzroku nieznajomych, którzy przyszli podziwiać zgrabne figury młodych dziewczyn. Wiedziałam, że będą chcieli mnie dotykać. Poczułam do nich obrzydzenie oraz ogromną nienawiść, mimo, iż jeszcze nie miałam z nimi styczności.
-Nie przejmuj się –usłyszałam ciepły kobiecy głos dobiegający z fotelu obok. –Dasz radę. Jestem Sara.
Dziewczyna uśmiechnęła się oraz wyciągnęła dłoń ku mnie. Mimowolnie przytuliłam się do niej i rozpłakałam się. Nie znałam jej, ale wiedziałam, że jest jej tak samo ciężko jak mnie.
-Kochana, nie płacz –szepnęła mi do ucha. Poczułam jej ciepły oddech na szyi. Kiedy przestałyśmy się do siebie tulić, podała mi pudełko z chusteczkami na otarcie łez. Upłynęło kilka minut, nim była w stanie cokolwiek powiedzieć.
-Mam na imię Kalina, lecz od dzisiaj Samanta… -zawahałam się, lecz po chwili dodałam. – Czy Sara to twoje prawdziwe imię?
-Nie, ale gdy przedstawiam się w klubie jestem Sarą. Tobie radzę mówić o sobie jako Samanta, chyba, że chcesz mieć nieprzyjemności –automatycznie pokręciłam głową. Ciekawiło mnie, czemu muszę używać przydomka. Jednak mimo swojego zaciekawienia nie odważyłam spytać się o to Sary. Dziewczyna wstała z kanapy i powędrowała w kierunku wielkiego lustra. Zerknęła na mnie i jednym ruchem ręki dała znać, bym do niej podeszła. Kazała mi usiąść na krześle, a sama wyjęła pokaźną kosmetyczkę z imponującą ilością kosmetyków. Wacikami oczyściła moją twarz, a następnie nakładała kolejne warstwy kremu, podkładu, pudru i tym podobnych rzeczy. Gdy skończyła, pozwoliła mi ujrzeć swoje odbicie w wielkim lusterku. Wyglądałam zjawiskowo! Mankamenty mojej urody zniknęły. W lustrze patrzyła na mnie przepiękna postać o malinowych ustach z idealnie dopracowanym makijażem. Zerknęłam na posiniaczone kolana, które były pamiątką po krótkiej instrukcji tańca na rurze. Sara zajęła się moimi włosami. Starannie je wyczesała, by na samym końcu delikatnie podkręcić końcówki.
Gdy dziewczyna rozprawiała się z ostatnim pasemkiem włosów, do pokoju wszedł ten sam mężczyzna, który mnie uprowadził. Oznajmił on, że w klubie zawitali już pierwsi klienci. Kiedy wyszedł, wypytałam Sarę o tego faceta. To Marcin Olszewski, prawa ręka szefa. Słysząc jego godność, uśmiechnęłam się delikatnie, bowiem nosiliśmy to samo nazwisko. Marcin od lat sprowadza do klubu nowe dziewczyny, a także zajmuje się pozyskiwaniem dzieci do filmów pornograficznych. Najczęściej porywa małych wychowanków domów dziecka, twierdząc przy tym, że nikt ich nie będzie szukał oraz powtarzając, że „najlepszy materiał to ten, za który nie trzeba płacić”.
Spojrzałam na zegar. Wskazówki informowały, że za pięć minut muszę wyjść i zaprezentować swoje ciało. Czas niesamowicie się dłużył, z każdą sekundę odczuwałam coraz to większy lęk i upokorzenie.
-Samanta, wchodzisz –usłyszałam głos Marcina, mężczyzny, przez którego znajdowałam się w tym miejscu.
Powolnym, niepewnym krokiem weszłam na podwyższenie, na którym stała rura do striptizu. Spojrzałam na twarze licznej grupy mężczyzn, którzy to uśmiechali się i ślinili się na mój widok. Mój układ nerwowy nie współgrał z kończynami i nie potrafiłam wykonać najmniejszego ruchu. Stałam tak w milczeniu, dopóki nie poczułam zimnego dotyku na kłykciu. Odwróciłam się i ujrzałam, że szef ściąga mnie z platformy. Gdy stanęłam z nim oko w oko, zaciągnął mnie do pokoju, w którym przygotowywałam się do wyjścia. Popchnął mnie na ścianę, a następnie lodowato zimną rękę ścisnął moją szyję tak, że brakowało mi tlenu. Dobitnie wytłumaczył mi, jaka jest moja rola w tym klubie. Zagroził, że jeśli teraz nie zatańczę, mogę już nigdy nie zatańczyć, bo on „własnoręcznie połamie mi chudziutkie nóżki”. Kolejny raz weszłam na scenę. Delikatnie dotknęłam metalowej rury, by po chwili zacząć banalny układ, który miałam kilkukrotnie powtórzyć.
Kiedy mój pokaz dobiegał, poczułam chłód. Nie mogłam scentralizować, z którego kierunku pochodziło owe oziębienie.

Chwilę później klub zalała ciemność. Do głowy przyszła mi pewna myśl. Awaria prądu i ogrzewania to idealna pora, by uciec z tego miejsca na raz na zawsze i nie być zauważoną…

~~~~~~~~~~
Kochani, następnych rozdziałów oczekujcie w każdy niedzielny wieczór!
Z braku czasu i natłoku obowiązków jestem zmuszona do publikacji jednego rozdziału tygodniowo. Mam nadzieję, że Was nie zawiodę, a kolejne części będą coraz doskonalsze.
Neda L.

niedziela, 4 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - rozdział II

Poczułam jak ktoś potrząsa moimi ramionami. Otworzyłam oczy i ujrzałam mężczyznę, który najprawdopodobniej mnie porwał. Chwycił mnie za rękę i wyciągnął z samochodu. Nie odzywał się do mnie, co jakiś czas burknął  pod nosem jakieś przekleństwo. Prowadził mnie do lokalu, w którego oknie paliła się mała czerwona lampka, na którą narzucona była chusta. Mężczyzna wyjął mosiężny klucz z prawej kieszeni swojej czarnej marynarki, włożył go do zamka drewnianych drzwi i przekręcił go. Gdy otwierał drzwi, dało się wyczuć zapach wydobywający się z pomieszczenia. Przypominał on  woń goździków, wanilii i pomarańczy. Nieznajomy wepchnął mnie do środka budynku i zaciągnął w prawą stronę wielkiego korytarza. Nie wiedziałam, gdzie się znajduję. Serce biło mi coraz szybciej, nogi odmawiały posłuszeństwa a oczy zapełniły się słonymi łzami. Do głowy przyszła mi pewna myśl… Delikatnie wyciągnęłam swoją rękę z jego dłoni i pobiegłam w kierunku drzwi. Niestety, nie udało mi się dobiec do celu. Poczułam ból w plecach, po czym upadłam na ziemię. To ON uderzył mnie twardym przedmiotem, który uniemożliwił mi ucieczkę. Z niemożności wstania przez okrutny ból pleców byłam zdana na pomoc oprawcy. Mężczyzna podszedł bliżej i spojrzał się na mnie. Liczyłam, że wyciągnie dłoń ku mnie, bym mogła wstać. Jednak on z całej siły kopnął mnie w brzuch. Krzyknęłam, tylko tyle mogłam zrobić. Kiedy próbowałam pozbierać się z ziemi, znów poczułam jego stopę na moim ciele. Przestałam liczyć ilość wymierzonych mi ciosów. Poczułam jedynie gwałtowne szarpnięcie w ramionach. Mężczyzna trzymał mnie w pasie, podczas gdy do nas podchodził prawdopodobnie jego znajomy. Nieznajomy ubrany był w białą koszulę i grafitowe spodnie. Stanął on naprzeciwko mnie i spojrzał na mnie. Jego piwne oczy nie wyrażały żadnych emocji. Nie mówiły nic, nie pokazywały duszy. Uśmiechnął się lekko i zimnymi dłońmi dotknął moich ust. Ku mojemu zdziwieniu, pocałował mnie.
-Nie wygląda na sześć lat, ale ma słodkie usta –rzekł zimnym głosem spoglądając się na mojego oprawcę. –Miałeś wziąć dziecko!
-Rzuciła się na mnie! –krzyknął i wbił mi palce w żebra, jęknęłam cichutko. –Już miałem małą, ale znalazła się pieprzona bohaterka, która „uratowała bezbronne dziecko z rąk oprawcy” –powiedział to z jadem w głosie. – Dziewczyna przyda się do klubu.
O czym oni mówią? – pomyślałam. Serce biło mi coraz szybciej, a dłonie stawały się coraz zimniejsze. Byłam przerażona rozmową mężczyzn. Poczułam, że moje życie zależy od nich.
-Kogo weźmiemy do filmu? –zapytał człowiek, który nie tak dawno przyłożył swoje zimne usta do moich.
-Jutro przejadę się po sierocińcach i wypatrzę jakiegoś bachora –oprawca spojrzał się na mnie i z miną pokerzysty wycedził słowa ostre jak żyletki –kto będzie przejmował się niczyimi dzieciakami?
Panowie zaśmiali się. Łzy zapełniły moje oczy, oddech stawał się coraz szybszy. Nikt przedtem nie zadał mi tak wielkiego bólu słowami. To, że mnie kopał i bił to nic w porównaniu do cierpienia, które zadał mi poprzez jedną krótką wypowiedź.
-Idziemy – usłyszałam i poczułam, jak ktoś popycha mnie do przodu i ściska w ramieniu tak, bym nie miała okazji do ucieczki. Tym razem poddałam się i nie walczyłam.  Słowa, które wypowiedział mężczyzna w garniturze zraniły mnie do szpiku kości. Znienawidziłam go. Poczułam do niego odrazę, nie mogłam już spojrzeć mu w oczy. Nikt nie skrzywdził mnie tak bardzo jak zrobił to on. Miałam ochotę rzucić się na niego z pięściami, spoliczkować go, by wiedział, że nie wypowiada się takich słów.
Weszliśmy do pokoju o czerwonych ścianach, w którym unosiła się woń dymu papierosowego oraz alkoholu. Na dwóch skórzanych kanapach siedziały młode kobiety ubrane w kuse spódniczki oraz koronkowe staniki. Gdy przekroczyliśmy próg, chichot oraz rozmowy kobiet przerodziły się w niebywałą ciszę. Każda z nich spuściła oczy i zachowywała się potulnie jak baranek.
-Przedstawiam wam nową koleżankę –głośno ogłosił nieznajomy. –Samanta będzie pracowała na zmywaku.
Wśród kobiet powstało  poruszenie, a cichą wymianą zdań nie było końca. Mężczyzna jednak nie zareagował, lecz wtopił swoje srogie spojrzenia na punkt za mną.
-Ale ja nie jestem Saman… -przyłożył mi palec do ust, co znaczyło, że muszę jak najszybciej przestać mówić. Jednak nie zastosowałam się do tego i powiedziałam – Będę pracować na zmywaku? Tutaj chyba nie ma kuchni…
On zaśmiał się jedynie i nic nie odpowiedział. Ujął moją dłoń i odwrócił mnie o 180 stopni.  Wtedy zobaczyłam metalową rurę do striptizu.

-A oto twój zmywak.

piątek, 2 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - rozdział I

Usłyszałam pukanie do jasnobrązowych drzwi. Do jasnozielonego pokoju, który dzieliłam z Lidką, weszła opiekunka naszej grupy.
Kiedy weszła, siedziałam na kanapie i uważnie studiowałam podręcznik do rozszerzonej biologii, ponieważ pojutrze miałam mieć sprawdzian z budowy DNA.
-Kalina, zbieraj się na obiad – ciepłym głosem zachęciła Małgorzata. – Gdzie jest Lidka?
-Poszła z Michałem na spacer nad kładkę –burknęłam nadal patrząc się na litery, które rozmazywały mi się przed oczami.
Opiekunka przytaknęła, uśmiechnęła się szeroko i zamknęła za sobą drzwi. Wróciłam do lektury podręcznika, gdy w tej samej chwili usłyszałam pisk za oknem. Zerwałam się z łóżka, by sprawdzić, co było przyczyną tego hałasu.
Za oknem ujrzałam Julkę, sześcioletnią dziewczynkę, która została przywieziona do naszego domu zaraz po ukończeniu dwóch lat. Julka była nieśmiałą blondynką o przepięknych, błękitnych oczach. Nigdy nie pozostawała obojętna na łzy swoich towarzyszy. Nie pamiętam, by kiedykolwiek miała zły humor, by kiedykolwiek powiedziała, że coś ją trapi. Zawsze uśmiechnięta, szła przez życie siejąc radość wokół siebie. Tym razem coś było nie tak. Dziewczynka stała naprzeciwko mężczyzny ubranego w czarny kapelusz i garnitur, który trzymał ją za rękę i ciągnął w kierunku srebrnego Audi. Niewiele myśląc wyskoczyłam przez okno i popędziłam jak najszybciej, by odciągnąć Julię od nieznajomego. Dobiegając do nich wskoczyłam mężczyźnie na plecy odwracając jego uwagę od Julki. On puścił rękę dziewczynki i z całych sił starał się zrzucić mnie ze swoich barków. Przywarłam do niego nogami i przepasałam mu oczy apaszką, którą zdjęłam z szyi podczas biegu. Krzyknęłam do wystraszonej Julii, by pobiegła po pomoc, lecz ona nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Kilka razy prosiłam ją, by była silna i poszła po któregoś z opiekunów. Julia spojrzała mi prosto w oczy.
-Uratuję Cię! – dziewczynka pobiegła na swoich chudziutkich nóżkach do ośrodka. Mężczyzna wykorzystał chwilę mojej nieuwagi i zrzucił mnie na ziemię. Kiedy uderzyłam plecami o glebę, nie byłam w stanie powrócić do pozycji pionowej. Nieznajomy chwycił mnie w talii, przerzucił przez ramię i otworzył drzwi od auta. Nie miałam siły, by z nim walczyć. Po upadku straciłam motywację i chęć do uwolnienia się z jego rąk. Podniosłam głowę i ujrzałam opiekunów. Małgorzata, Paweł i Rafał podążali w naszą stronę. Dzieciaki stały na balkonach, w oknach i przed drzwiami, by zobaczyć całe zajście. Nie zdążyli dobiec, bowiem mężczyzna wrzucił mnie na tylne siedzenia srebrnego Audi. Zatrzasnął drzwi, zasiadł za kierownicą i przekręcił kluczyk w stacyjce. Auto ruszyło z piskiem opon.
-Wolałem młodszą, ale starsza będzie lepsza w te klocki – zaśmiał się ochryple.

Sierociniec oddalał się coraz szybciej, a ja z każdą sekundą pragnęłam zasnąć i nigdy więcej się już nie obudzić. Nie wiedziałam co mnie czeka. Nie miałam pewności, czy kiedykolwiek wrócę do bidula, do Lidki i reszty dzieciaków. Byłam pewnego jednego. Koszmar miał dopiero się zacząć.

czwartek, 1 stycznia 2015

Kwiat na deszczu - Prolog

PROLOG


Kolejny dzień zamknięty w kratach. Kolejny dzień czuję pustkę…
Patrzę na twarze biednych dzieci, na których maluje się niepokój i strach. Przerażone codziennym bytem bez nieodłącznego elementu swojego życia, próbują uśmiechać się mimo łez i robić minę do złej gry. Dlaczego życie pisze czarne scenariusze? Dlaczego to my gramy w nim główną rolę, która od samego początku jest na straconej pozycji? Daleka droga dzieli nas od sprawiedliwości. Trasa ta jest zawiła, nieznana, czasami bezowocna. Tak często upadamy, tak często mówimy „nie”, kiedy powinniśmy wstać i pokazać światu swoją siłę i determinację.
Szukamy czegoś, co nigdy nie będzie nam dane. Pragniemy czegoś, co kiedyś utraciliśmy lub nigdy tego nie posiadaliśmy. Nie doświadczamy prawdziwej miłości, nie mamy wzorców do naśladowania.
Słyszymy negatywne komentarze na nasz temat. Ludzie nas nie znają. Wyśmiewają, lecz nie wiedzą co nam w duszy gra. Zwracają uwagę tylko i wyłącznie na rzeczy materialne. Dlaczego nie zajrzą nam w duszę? Dlaczego nie chcą poznać naszego wnętrza?
Nie jesteśmy nikim gorszym. Jesteśmy tacy jak wy.
Jesteśmy dziećmi z sierocińca…